Byliśmy dzis z Tornado u "pani doktol od zembuf". Pacjent dzielny jak zawsze, choć "tloche pakałem, jak pani doktol wkładała mi paticzek". Fascynował go chłopiec, który na fotelu był przed nami (liczba mnoga uzasadniona, bo siadamy razem, K. na moich kolanach) i wrzeszczał w niebogłosy.
W drodze do gabinetu Tornado w pewnej chwili przystanął. Stoi i stoi.
- Czemu stoimy?
- Bo jest czeczone siatło.
Było. Dla samochodów... Ruszyliśmy na zielonym.
Za dzielność były lody (smerfowe - nie wiem, dlaczego moje dziecko ma upodobanie do tego świństwa) i bieganie wokół fontann na rynku.
A potem koszmarna histeria w drodze powrotnej, zmieniona w ostatnich dwóch minutach podróży w baaardzo głośne wspólne śpiewanie z radiem "Welcome to the jungle". Tornado machał swoimi jasnymi piórami jak Axel :).
Wymyślalismy piosenki do melodii "Panie Janie". O nim i o Pulpecie.
Aha, dziś Tornado biegał po domu w czerwonej pelerynce (dzięki N-ski Family ;)) i pytał, w czym może pomóć super K-k. Wieczorem próbowałam wykorzystać "pomocność" mojego synka:
- Super K-u, czy możesz przynieść żyrafkę T.?
- Nie mogem, nie mam pelelynki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz